Don’t be evil… when someone watches
Kiedy dwóch gigantów walczy o rząd dusz, tracą na tym zwykli ludzie. Tak też jest w przypadku Google, które z godnie z hasłem “Nie bądź zły” działa tak, że krzywdy nie czyni, ale znacznie utrudnia użytkownikowi wybór. Czy w demokracji i na wolnym rynku blokowanie wyboru nie szkodzi ludziom? Empiryczną odpowiedź na to pytanie zaraz poznasz.
Kilka tygodni temu zainstalowałem Google Chrome. Jest to przeglądarka od Google. Po krótkim czasie ją odinstalowałem. Później zainstalowałem jeszcze Google Gears czyli dodatek do przeglądarki Firefox. Mam go nadal. Co jednak wzbudziło moją ciekawość to obecność w procesach systemu GoogleUpdate i GoogleCrashHandler. Za każdym razem kiedy je ubijałem, one wracały z powrotem. Czyżby Google zastosowało metodę bumeranga?
Przyjrzyjmy się:
W procesach systemu widoczny jest proces GoogleUpdate.exe i GoogleCrashHandler.exe. Nie potrzebuję ich jednak. W takim razie ubijam. Mijają minuty, a procesy wracają na swoje dawne miejsce. Restartuję system – wracają, hibernuję – wracają. Ok… to wystarczy wyłączyć, przecież to tylko programy od Google:
Niestety, w standardowym narzędziu msconfig tych procesów nie ma. Takie programy powinny znajdować się w standardowych kluczach rejestru systemu, ale niektórzy wrzucają je do usług. A więc będzie można je znaleźć w services.msc:
No są! Tylko że przecież jak byk pisze “Wyłączone”. A dlaczego? Ponieważ tydzień temu już je wyłączyłem. Mimo to ciągle wracają właśnie niczym australijski bumerang.
Czy tak powinno być?
A teraz pytanie: gdzie na dysku znajdują się te programy? Ano tutaj:
Przepis na wykasowanie tych usług jest następujący: ubijamy procesy a następnie kasujemy te foldery. Znając przepis wydaje się to oczywiste, ale na początku nie jest to takie łatwe, a wielokrotne pytania na forach pokazują, że wiele osób niepokoi się tymi procesami.
Czy Google ma prawo tak utrudniać usuwanie swoich programów? Owszem, właściwie to Google mogło napisać Rootkita, który po instalacji ukrywałby się w systemie zupełnie przed naszymi oczami i wysyłał Ballmerowi na emaila niewybredne żarty o jego przeglądarce. Na szczęście aż tak źle nie jest. Ale czyżby?
W bezpardonowej walce między Google a Microsoftem, która dopiero się zaczyna Google sięgnęło do chwytów firm uznawanych w branży za najbardziej nieetyczne i obłożone ogromnym tabu – do chwytów firm pornograficznych. W czasach modemów potrafiły one ukrywać w systemie dialery tak dobrze, aby użytkownik nie był świadom, że podczas surfowania jego rachunek za telefon rośnie ponad miarę. Na podobnej zasadzie ukrywają się w systemie trojany, malware i rootkity.
Czy “Don’t be evil” w tym kontekście jest dobrym mottem? Może Google powinno zmienić hasło na bardziej odpowiednie “Don’t be evil… when someone watches”. W tej wojnie poszkodowani będą cywile. Widać już pierwsze objawy niezbyt pozytywnych działań Google jak powyższe np. blokowanie filmów dla Polski. Podobnym przykładem jest link do osadzania filmów, który zawsze jest dostępny, nawet jeżeli autor filmu wyłączył tą funkcję.
Microsoft też nie jest bez winy, ma swoje metody: kiedy UE chciała żeby pozwalał użytkownikom na wybór przeglądarki podczas instalacji, uznał, że w takim razie dostarczy system bez przeglądarki. Okazało się, że na takim systemie można zainstalować tylko Operę i to znając odpowiedni adres FTP. Teraz co prawda MS ogłasza, że jednak pozwoli na wybór przeglądarki, ale nikt już nie wie co kryje się pod tymi zamiarami. Informacja prasowa nie pozostawia wątpliwości, że MS chce wyjść z tej sytuacji jako innowator i autor pomysłu. Ale do takich rzeczy ze strony MS już przywykliśmy.
Przypadek? To są drobnostki, ale pamiętajmy o tym, że jak na razie Google cieszyło się monopolem. Wyglądałoby na to, że z taką pozycją nie musi stosować takich chwytów. A jednak – monopol wypacza idee tej firmy i jeżeli przemysł IT USA nie przeniesie swojej uwagi na inne koncerny, będziemy mieli okazję obserwować w najbliższym czasie upadek wizerunku tej firmy, która w obronie swojego monopolu sięga po coraz bardziej radykalne środki.
Oczywiście nie piszę o tym z zaskoczeniem. Historia daje wiele przykładów upadku wizerunku monopolistów. Tak było w przypadku Microsoftu, który mimo ogromnych nakładów na marketing wizerunkowy np. na uczelniach, traci w oczach wielu pozwami i zastraszaniem środowiska Open Source. Podobnie Apple – niegdyś modny, wolny, nowoczesny i oderwany od przyziemnych sporów – teraz usuwa aplikacje konkurencji i cenzuruje te, które nie są zgodne z światopoglądem Jobsa.
Skoro era systemów operacyjnych i wyszukiwarek kończy się, to kto będzie teraz dla mediów IT tym ulubionym i najlepszym? Pulsem planety i serwisem, który zrezygnuje z przerwy konserwacyjnej, aby pomóc uczestnikom zamieszek w innym kraju?
I tak od błahostki do konkretów, od szczegółów do całokształtu można zaobserwować pewne regularne trendy, historia zatacza krąg i pewnie nie byłoby w tym nic ciekawego, gdyby tylko świadomość tych procesów była większa.
Przygotowałem dla Ciebie wpisy:
Dodaj do Sfory | Dodaj do Wykopu | Dodaj do Osnews
2 komentarzy »
Kanał RSS z komentarzami do tego wpisu. TrackBack URI
Dodaj komentarz
WordPress, Pool Theme - Borja Fernandez - mod

Hmm… chyba troszeczkę nie trafiłeś z argumentami…
Po pierwsze – Google Update to już Open Source. Po drugie – jest dostępne narzędzie do zarządzania GU. Po trzecie – od jakiegoś czasu GU nie działa jako ciągły proces a jest uruchamiane przez Harmonogram zadań.
Źródło: http://google-opensource.blogspot.com/2009/07/google-update-regularly-scheduled.html
komentarz #
@don_jaro
A co to zmienia, że Google wrzuciło GU w Open Source? I tak nikt nie może ingerować w działanie tej aplikacji.
Narzędzie do zarządzania GU (Update Controls) służy administratorom sieci do ustawiania globalnej polityki aktualizacji Google w sieci lokalnej i nie ma opcji usuwania GU, a o działaniu harmonogramu mało kto wie. Zresztą jak można wyczytać na podanej stronie – jeżeli GU wykryje że harmonogram działa “źle” to przechodzi w tryb ukryty opisany szczegółowo w tym poście.
komentarz #